Blog z Innej Beczki

Słów kilka Anity Lipnickiej 2009-10-31 12:50:16

Od dziecka marzyłam by grać na pianinie. Rodziców nie było stać na zakup instrumentu. Skończyło się na skrzypcach. Z lekcji pamiętam tylko wielkie buty mojego nauczyciela. Szło mi widocznie nie za dobrze skoro wzrok miałam ciągle wbity w podłogę. Wytrwałam jeden semestr… Dwa lata temu, podczas nagrań naszej ostatniej płyty z Johnem, zasiadłam sobie w studio za wielkim koncertowym fortepianem i zaczęłam niezdarnie pieścić czarnobiałe klawisze… „ You have piano Fingers!” – usłyszałam głos zza pleców. To był Chris Eckman, nasz producent.


EUROWIZJA.COM.PL Foto: Anita LipnickaTrochę się zmieszałam, całkiem jakbym została przyłapana na kradzieży batonika w supermarkecie lub czymś jeszcze mniej eleganckim. „You’ve got the right touch, you should play the piano”. Ja? Grać na piano? Przecież już stara jestem! To nie wiek na naukę. „Nic podobnego. Ja zacząłem jak miałem 36 lat. Spróbuj!.” No tak. Kocham ich za to – ludzi stamtąd. Dla nich nie ma rzeczy niemożliwych. Pół roku później zakupiłam w muzycznym prosty Keyboard Yamahy. I mnie opętało… …Czułam się jak w gorączce. Słowa, dźwięki, melodie obsiadały mi głowę całymi stadami, jak jakieś dzikie ptactwo, od którego nie mogłam się opędzić. Przez dni przemykałam w półśnie, ogarniając życie bezmyślnymi ruchami z automatu. Za to nocami, kiedy Pola spała już w swoim łóżeczku, a John tonął z książką w ulubionym fotelu, ja zamykałam się w pokoju muzycznym i oddawałam obrzędom voo-doo nad klawiaturą. To było jak odkrywanie nowego lądu, świata wrażeń całkiem dotąd nieznanych. Otworzyłam tajemne drzwi i trafiłam na mój „Hard Land of Wonder” – SUROWĄ KRAINĘ CUDOWNOŚCI… Zamiar był prosty: skonstruować prawdziwą emocjonalną bombę przy użyciu minimalistycznych środków wyrazu. I tak oto, na piętnastolecie mojej działalności artystycznej, jakie właśnie w tym roku mi wypada, wychodzę do ludzi z płytą absolutnie debiutancką! Tak o niej myślę. Bo to mój pierwszy całkowicie autorski i przeze mnie wyprodukowany album.

Droga do samo-odkrycia nie była łatwa. Zazwyczaj to trudne ścieżki prowadzą nas do miejsc najpiękniejszych. Już po pierwszych kilku miesiącach moich artystycznych poszukiwań stabilność rodziny została zagrożona. John miał serdecznie dość mojego bezustannego stukotania w klawiaturę, nieprzespanych nocy i dni w towarzystwie kobiety-widmo oraz wszystkich moich mniejszych i większych załamań nerwowych spowodowanych twórczymi frustracjami. Był jednak dzielny i nie ustawał w dodawaniu mi otuchy. Pola długo znosiła matkę w obłędzie, w końcu i ona jednak zaczęła protestować, kiedy nie potrafiłam skupić się dostatecznie na lepieniu ludków z plasteliny ani skoncentrować na prostej kolorowance. Pokój muzyczny zyskał wkrótce wredną ksywę „sali tortur” i ogólnie w domu zrobiło się niewesoło. Pocieszałam wszystkich, że jesteśmy już blisko końca – mam cały materiał na płytę! Oczywiście był to dopiero początek. Trzeba ją jeszcze było nagrać.


I tu muszę streścić opowieść, bo inaczej byłaby z tego książka. Wiedziałam tylko, że chcę to zrobić gdzieś tam, nie tutaj. Przeżyć jakąś przygodę, popaść w ciekawe kolizje z ludźmi, nauczyć się czegoś nowego. Oczywiście łatwiej byłoby podążyć utartymi szlakami, zapukać do znajomych drzwi. Czułam jednak, że to grozi jakimś powtórzeniem. Zaczęłam więc od innej strony. Skoro epicentrum płyty ma być głos i piano – od tego wyjdę, na tym się skoncentruję. Problem był jeden – ja nie jestem pianistką! Instrument służył mi jedynie do wydobycia formy piosenki. Nie śmiałabym zakładać, że dam radę zagrać to wszystko w studio! Poza tym, potrzebowałam (tak mi się przynajmniej wydawało) dobrego producenta. Przecież jak ja to wszystko ogarnę w pojedynkę? Nie przypuszczałam, że w końcu to mi przyjdzie nagrywać te fortepiany i… wszystko samej ogarniać! Ogarniać z wielką przyjemnością i zaskakująco dobrym efektem! Od teraz pewnie nie dam się już ogarniać nikomu innemu. Oczywiście, zanim mnie oświeciło, musiałam pogrążyć się w ciemności… Pojawił się producent, prywatnie mój wielki idol, uszanowana postać brytyjskiej alternatywy. Powiedział ‘yes’, o rany! - będziemy razem pracować! W teorii - plan genialny. W praktyce - totalna porażka. Zwyczajne artystyczne nieporozumienie. Zmarnowany czas i pieniądze. Nauczka – nigdy nie zakładaj, że twój bohater automatycznie nadaje się do twojej bajki. Mimo wszystko, powinnam mu jednak za coś podziękować. To on mi wbijał do głowy - „chcesz żeby było dobrze, zrób to sama. Tylko ty wiesz, co dla ciebie najlepsze”. Wiedziałam. Nie było wyjścia. Zrobiłam krok w tył i zaczęłam od punktu wyjścia. Fortepian i wokal. Miałam dużo szczęścia. Od samego początku był ze mną Cameron Jenkins, mój długoletni znajomy z Anglii, z którym nagrałam wcześniej trzy płyty w Londynie. Od czasu naszej ostatniej współpracy notowania Camerona, jako realizatora dźwięku na wyspach poważnie wzrosły, więc nie mogłam być niczego pewna. Okazało się jednak, że stara przyjaźń nie rdzewieje. Więcej, może się nawet przerodzić w dojrzałą relację zawodową. To Cameron przekonał mnie bym nagrała wszystkie fortepiany sama, twierdząc, że cały ich czar polega na tym, że są takie ‘nieprofesjonalne’. I tak oto człowiek stamtąd pozbawił mnie kolejnego kompleksu. Podeszłam do sprawy na luzie i udało się! Przy użyciu współczesnej techniki oraz bardzo niewspółczesnego (ponad stuletniego) instrumentu zarejestrowaliśmy na taśmie materię ulotną i natchnioną. Czasem obie ręce grały razem, czasem osobno, czasem tylko jedna, – kogo to obchodzi? Mnie już nie i nie przypuszczam bym kiedykolwiek przejmowała się podobnymi drobiazgami. Metoda nie ma znaczenia, liczy się efekt końcowy.

Cameron oddał mi jeszcze jedną przysługę, za którą będę mu wdzięczna już zawsze. Przez cały proces nagrań po prostu stał z boku i wszystkie decyzje, jakie były do podjęcia podstępnie przerzucał na mnie. Począwszy od zatrudnienia odpowiednich muzyków do projektu, skończywszy na dobieraniu kolorów, brzmień, wskazywania właściwych instrumentów. Bardzo szybko okazało się, że sprawia mi to ogromną radość! Wielkim odkryciem było przekonać się, że moja intuicja muzyczna mnie nie zawodzi, a pomysły, które roją się w głowie mają sens i układają się w całkiem oryginalną, mocno określoną stylistycznie całość. Z co raz to większą pasją i pewnością siebie odśpiewywałam muzykom poszczególne tematy, riffy, linie muzyczne, które chciałam usłyszeć, rozgwizdałam na części pierwsze kwartet smyczkowy i inne dodatki. I tak niepostrzeżenie sama się wyprodukowałam. Jako mama na pełnym etacie nie mogłam sobie pozwolić by znikać z domu na dłużej niż kilka dni. Prace nad płytą rozłożyły się więc w czasie. W zależności od potrzeb nagrywaliśmy różne rzeczy w różnych studiach. Głos i fortepian zostały zarejestrowane w lutym, w małym urokliwym studio wśród odkrytych pól, gdzieś na odludnej angielskiej prowincji w Dorset. W Londyńskim studio Cream, (którego już dziś nie ma!) nagraliśmy sekcję rytmiczną – kontrabas, bębny i instrumenty perkusyjne. Potem w Real World, w gościnie u Petera Gabriela, spędziliśmy cudowny czas dokładając kolejne warstwy gwiezdnego pyłu, dobywając dźwięki z takich instrumentów jak dobro, banjo, wisenboarn, pedal steel i slide gitar. Do Brixton w Londynie wróciliśmy nagrywać kwartet smyczkowy i pozostałe dekoracje – to już był początek lata, studio The Dairy. Album został zmiksowany w State of The Ark w Ritchmond w sierpniu tego roku. Przez cały ten czas John wspierał mnie i pomagał na każdym polu walki, a ja błogosławiłam los, że mi takiego konkubenta darował. Ostatecznie mam swoją płytę. Jednak to Johnowi należy się za to pomnik. Nie latałabym tak odważnie, gdybym nie miała potem w czyje ramiona spadać…

Pewnie jeszcze wszyscy będą chcieli wiedzieć: Dlaczego po angielsku? A no tak się naturalnie sklejały słowa z melodiami, tak więc pozostało. Poza tym, blisko 8 lat spędzonych w anglojęzycznym duecie przekręciło mi głowę w jednym kierunku. Inna rzecz – cóż, mam marzenie: chciałabym wypłynąć z moją muzyką na jakieś szersze wody. Teraz albo nigdy. Tak czuję. Śpiewając po polsku bardzo ograniczyłabym sobie szanse na spełnienie tego pragnienia. Ostatni powód podaje szeptem: rzeczy, o których śpiewam są tak osobiste, że wstydziłabym się o nich opowiadać w języku ojczystym. Tekstowo to płyta o miłości i zdradzie, związkach małżeńskich i pozamałżeńskich, o kochankach przeklętych i wyśnionych… W końcu bycie w stałym związku ani posiadanie rodziny nie uchroni nas od egzystencjalnych wewnętrznych poruszeń, nie zapewni spokoju ducha ani nie poskromi dzikości serca… Ups, a nie mówiłam, że to sprawy trudne do poruszania? - istny Hard Land Of Wonder. Surowa Kraina Cudowności i Trudny Grunt Zadumy w jednym. Użyłam więc angielszczyzny, jako wdzięcznego kamuflażu żeby sobie o tym wszystkim pośpiewać. Kto chce, niech sięgnie po słownik i sobie to rozszyfruje. Taka drobna zagadka kryminalna. Ode mnie dla Was.

Anita

NAJNOWSZA PŁYTA ANITY LIPNICKIEJ UKAŻE SIĘ JUŻ 13 LISTOPADA.





POSŁUCHAJ SINGLA ANITY LIPNICKIEJ CAR DOOR TUTAJ>>>





EUROWIZJA.COM.PL
« Powrót do spisu aktualności

Możesz skomentować ten wpis używając poniższego formularza